Oaxaca… i…

Rąsia, którą następną uścisnąłem, była rąsią naszej pięknej kelnerki, w naszej tradycyjnej Mazuntowej śniadaniowni.  Dziś Wielkanoc, a więc na stół żurki, wędlinki, jajeczka, ciasteczka…zaraz, zaraz, hola, hola, coś żeś się pan zapędził z tymi świątecznymi daniami, przecież to Meskyk, wiem, tym bardziej, w Meksyku Meksyk, to i może żur się by i znalazł, lecz niestety takiego Meksyku to nie ma nawet w Meksyku.  Cóż wiec pozostaje, ano pozostaje wszystko co jest w lokalnym menu.  Także zamiast żurku, sok ze świeżo wyciśniętej papai, zamiast wędlinek i ciasteczek, przepyszne naleśniki z bananami, pływające w czekoladzie, mniam.

Po tak wykwintnym śniadaniu udajemy się z betami 100 metrów dalej na nasze collectivo do Oaxaci, a tam…A tam od razu wjeżdża Meksyk, bo co się okazało, ano się okazało, że nasze collectivo odjechało dosłownie kilka minut wcześniej, bo jak się jeszcze okazało to tej nocy przestawiany był czas z zimowego na letni, na nasze nieszczęście, albo szczęście godzinę do przodu, więc witaj przygodo!

Rozmowy, kombinacje, zaufanie, odpuszczenie i tak lądujemy na pace pick-upa, którym z wiatrem we włosach udajemy się do miasteczka San Juan, jakieś pół godziny drogi od Mazunte. Pięknie, że tak się stało. W nowych miejscach uwielbiam doświadczać lokalnych doświadczeń.  Czuję, że przynależę, że jestem jednością z tymi ludźmi.  Razem na pace z nami jechało parę osób, które co stację się zmieniały, jedni wysiadali, inni wsiadali, natomiast wspólnym mianownikiem było to, że przyglądali się nam bacznie, trochę zdziwieni, trochę radośni, trochę zszokowani, że gringo jadą na pacę razem z nimi. AAA jakie piękne lokalne widoki i naturalna klimatyzacja, która usuwa pozostałości plaży we włosach.  Poezja. Lepiej być nie może. W takich warunkach docieramy do San Juan.

Lądując na dworcu pks, kupujemy bilety na kolejne collectivo do Oaxaci, które odjeżdża punkt 17.  Bueno.  Mamy akurat trochę czasu, więc idziemy się poszwędać po San Juan.  Droga do Oaxaci zajmie parę godzin, więc ruszamy zakupić suchy prowiant, a mijając po drodze pollownie, czyt. (pojownie, czyli po naszemu kurczakownie) rozsiadamy się wygodnie i poimy się pojo.

Po zakupach i lanczu, wracamy na dworzec.  Parkujemy się w holu z tobołami. Zauważa to koleś, który też jest gringo i zaczynamy gadkę.  Kto my, kto on, gdzie my, gdzie on.  Okazuję się, że jest to Kanadyjczyk, zmierzający tez do Oaxaci, do swojej meksykańskiej dziewczyny.  Zakochał się chopak, pięknie.  W trakcie opowiadania nam swojej historii, nagle przerywa i głową wskazuję nam na… Siedzące na wprost nas kobiety z tobołami i dzieciakami, rozmawiają. Dwójka dzieciaków też, natomiast trzecie dziecko, dziewczynka, wlepiona w obraz telewizora, w którym Beyonce, jak to ona w swoich teledyskach, wygina śmiało ciało.  Dziewczynka w pozycji siedzącej, nie spuszczając uwagi z tele, powtarza ruchy, które widzi na ekranie.  Totalnie wkręcona.  Nie ma jej.  Mamy taki ubaw i przerwę na reklamę, jakich mało. Myślę, że jakby Beyonce robiła casting to mała na pewno by się załapała. Maciek wyciąga sprzęt i kreci naszą dworcową gwiazdę.  Niestety udało mu się nagrać dosłownie moment jej występu.  Zawsze coś.

W tak miłej atmosferze, doczekaliśmy przyjazdu naszego autobusu.  Wbijamy, część rzeczy pod pokład, a część na górę ze sobą.  Zajmujemy miejsca.  Jest 17sta, wiec pewnie zaraz ruszymy.  Buchachacha.  Nic bardziej mylnego.  W Meksyku jest tak, ze dopóki są wolne miejsca do siedzenia, ale i nie tylko, nawet jak da się upchać ludzi w przejściu, to się upycha, autobus nie odjedzie.  Dopychanie sardynkowe zakończyło się jakieś 40 minut później.  Drzwi się zamykają i jedziem.  Do przebycia mamy około 200 kilometrów, niby nic, lecz jesteśmy na terenie górzystym i przebijamy się w dół, czyli wiadomo, karuzela roztańczona, serpentyny, topki, vibratoresy też, ciekawe jak tam Maciek ze swoim brzuchem.  Dla mnie bomba, ledwo zaczęło bujać odleciałem w kimkę.  Przespałem ponad pół drogi, a przy okazji poćwiczyłem collectivo jogę.  Jak to collectivo jogę, a tak to.  Miedzy fotelami było bardzo mało miejsca na giry, do tego jeszcze plecaczki i bety współtowarzyszy, powodowały, że ciało przybierało przeróżniste asany i tak 6 godzin, bo tyle zajęło nam dojechanie do Oaxaci.

Jest noc, parno i duszno, lecz pięknie.  Teraz marzymy o wygodnym łóżku, tylko gdzie i jak, i tutaj z pomocą przychodzi nam nasz kanadyjski kolega, który podprowadza nas pod hostel, a sam wyrusza na spotkanie ze swoją miłością.  Wielkie wdzięki brachu, mam nadzieję, ze miłość nadal kwitnie.  Wbijamy, szybka gadka z recepcjonistką i mieszkamy.  I prysznic i lulu.  Po takiej podróży przyłożywszy głowę do poduchy, przesunięcie percepcji nastąpiło rachu ciachu.

Dziś: leja, leja, leja…Śmingus dyngus, jeaaaa.  Poranek poniedziałkowo-wilekanocny, leja, leja, leja, tia jedyna rzecz jaka się leja to pot z czoła i patelnia z nieba.  W Oaxace temperatura zbliżona do tej w La Ventanilli z jedną, choć bardzo istotną różnicą, pewnie się domyślacie, tak jest nie ma majestatu. Co pozostaje,  pozostaje nacieszyć się prysznicem i hostelowym śniadaniem tradycyjnym jak wszędzie: płatki z mlekiem, kromy z dżemem i miodem, jajecznica (jest opcja na ostro) i przeróżniste soki z foki, jerbatki i kawy.  Ja to dzień zawsze zaczynam od wody z cytyną, tutaj z limonką, potem się porządnie nayearbie, potem młody jęczmień jest jechany, a dopiero potem śniadanie.  Schodząc na dół z całym tym ekwipunkiem, staje się niezła atrakcją dla pani w kuchni.  Podobnie jak z kulami na początku wyprawy, tak teraz z gratami przedśniadaniowymi jest o czym rozmawiać.  Radochę mi to sprawia, bo sobie hablanduję z ludźmi i przy okazji el hiszpano jest szlifowany.  Zestaw przedśniadaniowy już w brzuchu, ale za nim zasiądę do śniadania to cza chwile odczekać.  Dla tych co nie piją yerby, to wspomnę, że oprócz tego, że mocno pobudza to jeszcze mocno wypełnia brzucho, a dorzucając do tego jeszcze młody jęczmień, człek jest już najedzony.  Co w takim razie, czas na oględziny hostelu.  Panie z kuchni powiedziały mi, że na dachu jest piękny widok na całe miasto i polecają tam się skoczować przed śniadaniem.  Gites.  Schody, hol, mini fonatanny, schody hol, nasz pokój, schody, hol, schody i jestem na dachu.  Bjuti.  Rzeczywiście zajebisty widok, kręcąc się w kółko jestem w całym mieście. Miazga.  Mistyka. Uwielbiam dachy.  Im wyżej tym lepiej. Nocne zdjęcie przybliży wam trochę klimat.

 

Żeby tego było mało to na dachu wygrzewają się na pełnym słońcu leżaki ze stolikami do siedzenia, idealmą, wybieram jeden z kawałkiem cienia, bo słońce mocno praży i zabieram się za siedzenie na dupię, tzn. będzie medytowane. Siadam, zamykam oczy i wzbijam się ponad dachy, ponad szum miasta, wzlatuję spokojnie do ciszy, a jak.

30 minut później cały w skowronkach wracam do pokoju, żeby się podzielić nowo odkrytym cudem z Mackiem.  Brada już się lepiej czuję i na tą okoliczność uruchamiam golarkę i jedziemy z fryzjerem.  Po upiększeniu, zabieram Maćka na dach.  Też mu się podoba.  Hehe.  Tak się mu spodobało, a mi się spodobało, że i jemu się spodobało, więc aby uświęcić ten moment oraz jego boski stan samopoczucia, wyciągamy rapesito i siu, siu, siu, siu.  Cisza. Medytacja. Kolejne 30 minut strzeliło jak z bata.  Po rytuale, stwierdzamy, że czas się poszwędać po mieście.  A co ze śniadaniem.  No cóż już po, zostało wydane.  Wcale mnie to nie martwi ruszamy w miasto, na pewno coś lokalnego się napatoczy.  Tak też się dzieje.  Okazało się, że nasz hostel znajduję się bardzo blisko lokalnego marketu, gdzie jest wszystko.  Papu, kramy z bibelotami, przyjezdni zielarze, i oczywiście pełno szczęk z płytami cd, z których leci jakieś latino disco.  Wszędzie pełno luda, turystów, lokalsów, jednym słowem dzieję się.  Po drodzę ogarniamy z Mackiem cafejkę internetową i zakupujemy telefon z meksykańskim numerem, aby umówić się z Armando.  150 pesos i już jesteśmy na łaczach.  Umówiliśmy się z Armando na jutro na godz. 10.  Bombakla.  Przez to całe łążenie i skwar zaburczało mi w brzuchu, więc wbijamy na markiecik z jedzeniem.  Oczopląs.  Tyle tego, że nie ogarniam.  Wszędzie piękne kobiety zapraszają i wychwalają swoją kuchnie, mimo tego, że sąsiadka serwuje to samo lub bardzo podobne.

Wszystko jedno. Zasiadamy z Maćkiem przy jednej ladzie, na której powystawiane są przeróżniste tortille, ichniejsze pierożki,  słoiki z papryczkami, jakieś smarowidła i mocno słodkawe cosiki do picia.  Wszystko stoi na ceratowych obrusach.  Trochę nasza komuna, tyle, że meksykańska.  Jest gorąco, a jak jest gorąco to trzeba jeść ostre rzeczy pani mówi, bo wtedy podnosi się temperatura ciała i wydaje się, że jest chłodniej aniżeli naprawdę jest.  Dobre, przekonała mnie.  Wybieram jakąś tortille z czymś tam na średnio ostro, no co kebaba w sosie średnim się jadło, więc dam rade.  Dostaję zamówienie.   Jeden gryz, drugi gryz iiiii uffff jak gorąco, uff jak parząco, tłusta oliwa przy tym to wcale nie taka tłusta.  Aaaa urywa mi ryja.  Aaaaale dalej twardo nie dam poznać po sobie, ze jestem mięczak.  Niestety pot, który mnie zalał oraz czerwoność mojej gięby zdradziły wszystko.

Panię tylko się podśmiechiwały i podawały mi soki do popicia.  Było ciężko, ale z dumą muszę przyznać, że dałem radę i wsunąłem tortille z piekła rodem do końca.  Momentalnie po skończeniu zrobiło mi się chłodniej, czyli cały wysiłek nie poszedł na marne.  Po tak wykwintnym daniu, wróciliśmy do hostelu, aby oddać się sieście, oczywiście gdzie, oczywiście na dachu, gdzie przywitał nas już późny wieczór.  Siesta, siesta i po siescie.  Czas na pakowanie, bo jutro, jutro wielki dzień.  Szamania czas zacząć.

W nocy nie bardzo mogłem spać, wszystko z ekscytacji. Jak tylko pierwszy promyk słońca pojawił się w pokoju, już byłem na nogach, zdrowych, hehe, już na dole z zestawem przedśniadaniowym, już na dachu w medytacji, już na dole na śniadaniu i już za pięć dziesiąta, czekaliśmy z Maćkiem, podjarani jak w piosence The Pointer Sisters: „ I’m so excited. I just can hide it, I’m about to lose control and think I like it!!!” na Don Armando Sancheza.

Telefon. Dzwoni Armando i informuje nas, że będzie za 10 minut.  Wow. Już jest zajebiście. Dlaczego? Dlatego, że Latynosi i ich punktualność, to jak Polacy i nie picie alkoholu. Rzadkość. Dobra mamy więc jeszcze 10 minut. Łapię zawiechę.  Przez moją istotę przelewa się ogromny napływ energii.  Wbijam się w wewnętrzną ciszę, która naprowadza mnie do wizji z przed 14 lat, kiedy to czytałem pierwsze książki Carlosa Castanedy. Pamiętam jak Carlos opisywał moment przed spotkaniem Don Juana, co się z nim wtedy działo, pamiętam jak  zazdrościłem Carlosowi takiego spotkania, pamiętam jak bardzo sam pragnąłem spotkać mojego Don Juana, choć wydawało mi się to wtedy nierealne, nawet śmieszne, pamiętam…A teraz. A teraz jestem w Meksyku, 14 lat później, w mieście Oaxaca i czekam na spotkanie z moim Don Juanem…..ale to juz w następnym poscie:))

Łukasz Med

 

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.