Rozpłynięcie cz. I

Padłeś, powstań.  Akurat z tym nie ma problemu w tych okolicznościach.   Zanim jednak powstałem, zanim otworzyłem oczy, dotarł do mnie przyjemny podmuch wiatru oraz szum kołyszących się fal. Skąd to? A, no tak, zapomniałem, przecież spaliśmy na plaży!!!

 

Otwieram oczy i oczom nie wierzę. Jest, zaledwie kilka metrów od moich stóp, jasno-błękitny majestat, On pan tego miejsca, Oceano Pacyfiko. Czas się przywitać.

 

Oj będzie to chwilę trwało.  Nie lubię porannego wstawania, ze względu na moje giry, lecz moc Oceanu przywołuje mnie, a moja cierpliwość została na wakacjach, więc mimo znanego mi porannego bólu…Lecz zaraz, momencik…Wstałem, krew już zdążyła dopłynąć do moich stóp, więc normalnie już powinienem zaciskać zęby, a tu „jak na złość” nic.  Nic nie czuję, to znaczy czuję swoje stopy, ale nie czuję bólu.  Dziwne jest uczucie nieczucia bólu, gdy człowiek przez ostatnie 3 tygodnie zżył się z nim i każdy poranek zaczynał się tak samo. Zadziwiające jest do czego człowiek potrafi się przyzwyczaić. Hmmm. Powoli zaczyna do mnie docierać, że jest to początek końca czasu invalidos polacos.  Muy bien.  Ale, żeby nie było za dobrze dochodzi do mnie uczucie domagające się natychmiastowej reakcji drapaczki. Tak jest. Meskitos latajos, meskitos kąsająs, a gringo drapajos. Chryste!!!  Drapiem, drapiem i drapiem. Cudownie. Aaaa… Zdecydowanie wolę się drapać, niż zaciskać z bólu zęby. Niestety w miarę drapania, swędzenie nie ustaje, do krwi więc, a jak. Tak mnie zabrało to sodomacho, że zapomniałem o przywitaniu się z Oceanem. Przypomniawszy sobie, ruszam, lecz w momencie postawienia pierwszego kroku w jego stronę, chłopaki mnie wołają do zbiórki, bo oni już gotowi. Nie lubię tak. Krew mnie zalewa jak sobie coś postanowię i nie mogę tego wykonać natychmiast, bo coś tam…UUUUUUU. Wkurw. Gdzie im się tak śpieszy i do czego? Przecież nie jesteśmy na wycieczce szkolnej i nie mamy w chuj do zrobienia tylko na…. Dobra puszczam, zbieram bety, giry i ruszam w ślad za chłopakami. „Jeszcze tu k…wrócimy, z Olem!!!”.  Złość daje mi energię, aby ich dogonić.  Doganiam chłopaków w momencie jak Maciek rozmawia z jakimś meksykańskim Johnem Wayne’m i kobietą.

 

Nadal jestem zły. Złość to u mnie mocna sprawa. Do przerobienia. Im bardziej staram się odpuścić tym bardziej się nakręcam. Oj, nie tędy droga. Zwrot o 180 stopni. Wchodzę w to. Czuję jak złość we mnie włazi, pozwalam jej totalnie zalać moje ciało, ględzę coś tam pod nosem i tupię jedną, zdrowszą nogą. W końcu patrząc na ocean, wydobywam z siebie niby krzyk niby ryk i z intencją wyrzucam go w stronę Pacyfiku. Lepiej. Zdecydowanie.  W tym samym momencie dowiaduję się od Maćka, że państwo Mexicano Wayenowie są właścicielami plażowego acamparu, gdzie pod strzechą palmowych liści można spokojnie rozbić namiot i zamieszkać za jedyne 50 pesos dziennie. Mniam, co za uczta, będzie, bo widzę, że jest polowa kuchnia i co za widok…Aaaaaaaaa.  Natychmiast złość, w której byłem wcześniej zanurzony, do tego stopnia, że nie widziałem i nie czułem niczego, acamparu, promieni słonecznych, życzliwego uśmiechu gospodarzy, w tri miga się rozpłynęła.  Nawet swędzenie minęło. Tak mi dobrze, tak mi rób. Boże, co złość robi człowiekowi i z człowieka. Zawieszeni w jakimś stanie, nie zauważamy piękna i raju życia, a taka hacjenda to raj na Ziemi, raj dla ducha, raj na wszystko. No. Rąsia do rąsi i już mieszkamy. Chata jest, złości nie ma, teraz czas na śniadanie w Mazunte. Trzeba zrobić rekonesans, skłamałbym, mówiąc, że nie jestem ciekawy miasteczka, tutaj jeszcze zdążymy pomieszkać.

Jak wspominałem Mazunte, oddalone jest od La Ventanilli o jakieś 3 kilometry, także, wiadomo, czerwona rakieta w ruch.  Mimo tego, że jest bardzo wcześnie czuć patelnię, tak na moje oko i skórę to około 50 stopni w Celcjuszu. Buch jak gorąco, uff jak gorąco, puch jak gorąco, uff jak gorąco, tłusta oliwa. Na szczęście przy tak pięknych widokach, zapomina się o tym skwarze. Czerwono-pomarańczowe skały oraz dużę kaktusy towarzyszą nam do samego miasteczka.

 

Wjeżdżamy. Parkujemy niedaleko miejsca wczorajszego postoju i ruszamy szukać knajpki z dobrym jedzeniem. Długo nie trzeba szukać.  Mazunte to miejsce turystyczne, więc knajpeczek i pubów jest od liku. Jest w czym przebierać.  Siadamy przy jednej z głównych dróg w knajpce, gdzie pod bungalowskim dachem, piękne drewniane stoliki i wegetariańskie menu zapraszają, a i kelnerki, mocno opalone, jak magnes przyciągają nas i nasze puste żołądki. Oczywiście dla mnie najważniejszy jest sok ze świeżo wyciśniętej papai. Jest na liście, więc jest na stole.  Do tego zawsze papas fritas jak tylko są i wegetariański burger.  Muy rico!!!!! Zdaję się, że odnaleźliśmy naszą śniadaniownie. Brzuchy syte, natomiast ciekawość miejsca jeszcze nie zaspokojona.  Ruszamy na oględziny.  Grande Spirito prowadzi nas małą uliczką, gdzie po obu stronach mijamy puby, knajpki, sklepiki z pamiątkami i z ciuchami dla plażowiczów.  Wszędzie parno i gwarno, dużo muzyki i rozmów lekko wstawionych turystów.  Niby wszystko fajnie, lecz szczerze, bardziej do mnie przemawia miejsce, w którym się zameldowaliśmy.  Nie to, że jakiś staruch jestem i nie lubię klimatów imprezowych, lecz teraz mocno poczułem, a myślę, że chłopaki także, że przyjechałem tutaj, aby doświadczyć czegoś innego, nowego, nieznanego. Idziemy dalej.  Nagle w oddali słyszę  bardzo znajomy dźwięk.  Bum bum bum tuku bum, bum tuku bum, aż serce podskoczyło mi z radości! Djembe, moje kochane djembe słyszę, ale jak to?  Tutaj w Meksyku, afrykański bęben, no tak przecież to jest Meksyk, wszystkiego się można spodziewać. Momentalnie moje 4 giry przyspieszyły kroku i za rogiem na końcu drogi, zaraz przy plaży zobaczyłem stargany, a przy nich.

Moja percepcja wzroku zawężyła się i wpadła w tunel aerodynamiczny, gdzie na jego końcu pojawił się piękny, przeogromny jeleń.  Przez ułamki sekund nie widziałem nic poza nim. Świat się zatrzymał.  Spotkanie.  Patrzyłem na niego, a on patrzył na mnie.  Znałem go, a on znał mnie.  Poczułem mocne szarpnięcie w klatce piersiowej,  jakby coś we mnie chciało wyjść na zewnątrz, nie czułem strachu, pozwalałem temu uczuciu zamanifestować się, potem przyszedł przekaz, a raczej przypomnienie:  Manik – w majańskim kalendarzu Tzolkin, reprezentuje właśnie jelenia.  Przypomniałem sobie, że to jest mój znak przeznaczenia.  Szybko wyjaśnię co to się oznacza.  Oznacza się to, że: oprócz naszego znaku urodzeniowego, mamy jeszcze znak przeszłości, to takie nasze wewnętrzne dziecko, które prowadzi nas do 12 roku życia, potem oczywiście nadal nam towarzyszy, lecz bardziej się wycisza i górę bierze nasz znak urodzeniowy, aby w 41 roku, dowodzenie przejął znak przeznaczenia. W moim wypadku, jest to właśnie Manik.  Cóż za przypadek, haha.  Aby skompletować całkowicie kalendarz Tzolkin i nasze drzewa życia, wspomnę, że każdy ma jeszcze znak odpowiedzialny za żeńską oraz męską stronę naszej natury. To tak na szybko:))) Integracja w pełni.  W prawdzie nie mam jeszcze 41 lat, lecz Majowie mówią, że od 35 roku nasz znak przeznaczenia, będzie powoli się nam objawiał.  No proszę.  Piknie panie Manik, witam pana, witam siebie.  Koniec przekazu.  W tym momencie znika tunel, zaczynam widzieć szerszą perspektywę i co ja pacze?  Ano pacze, że jeleń, z którym przed chwilą miałem rozmowę jest tatuażem na klacie, młodego meksykanina, który uśmiecha się radośnie w naszą stronę.  W podskokach, ja oczywiście z kulami, podchodzimy do Juana, który stoi przed rozstawionymi straganami, na których znajdują się różnego rodzaju bibeloty, zrobione przez niego, jego dziewczynę i kompanów, wisiorki, bransoletki, rysunki, różnego rodzaju minerały, woreczki, itd.  Zaczyna się jakaś łamana gadka, zostawiam ją chłopakom, ponieważ: djembe, moje ukochane, djembe mnie woła.  Podchodzę do kompanów Juana, którzy siedzą za straganami i pytam czy mogę sobie pograć.  Akurat jedno djembe stoi wolne, więc zacieram rączki i jadę co tylko mi ślinka na ręce przyniesie.  Bosko, zagraliśmy chwilowy jem i zaraz, znowu zdziwko, bo co się okazuję:  naprzeciwko mnie siedzi nasz wczorajszy autostopowicz i coś próbuję pierdzieć na drugim już ukochanym przeze mnie instrumencie, didgeridoo.  Nie wierzę w bogactwo prezentów w jednym miejscu.  Od kiedy ruszyliśmy w drogę to grałem tylko na rurce pcv, a tu didga strugana z drewna, wiadomo, będzie pierdziane.  Podbijam do Luisa, przybijamy piątaka, widząc, że ciężko mu idzie z tym pierdzeniem, zaczynam mu trochę tłumaczyć o co biega, na tyle na ile pozwala mi moje hablando, tzn. na tyle samo co jego pierdzenie.  W końcu Luis przestaje i podaje mi rurkę, łapię ją łapczywie, jak dziecko, które dostaje lizaka pierwszy raz w życiu i oddaję się totalnie muzyce…..tkpk, tkpk……znikam…..

Na ziemie sprowadziła mnie rozmowa Macka, Grześka i Juana.  Zaspokoiwszy swoje potrzeby muzyczne, podziękowałem Luisowi i podszedłem do chopaków.  Trafiłem na rozmowę o szamanizmie, eh, już nic mnie nie zdziwi.  Okazuję się, że Juan mimo młodego wieku, ma dużą wiedzę w temacie.  Oczywiście zna Castanedę, zna miejsca mocy w Meksyku, praktykuję prastarą kulturę swoich przodków, zna święte rośliny oraz współorganizuję szałasy potów, na który nas zaprasza za kilka dni. Cuda na kiju!!!! Wielki Duchu, wdzięczność,  błogosławiona ścieżka serca, która nas prowadzisz.  Całą tę rozmowę przeprowadzaliśmy łamanym hiszpańsko-migowo-słownikowym językiem, bo Juan nie mówił po polsku, ani tym bardziej po angielsku.  Jak ludzie chcą się dogadać to i tak się dogadają.  Tezmacal-szałas potów- w ojczystej ziemi Meksyku to marzenie.  Juan nam powiedział, że człowiek, który prowadzi szałas ma przyjechać do Mazunte za kilka dni, więc będziemy się zgadywać jeszcze na bieżąco.  Daleko do siebie nie mamy, wiocha obok, a i tak do Mazunte przyjeżdżamy codziennie na śniadania i rekonesans.  Bosko.  Po skończonej rozmowie, gdyż patelnia niesamowita, a plaża pod nosem, chopaki idą się wykąpać.  Niestety, moje giry jeszcze nie pozwalają mi na tę przyjemność, więc podpieram na razie kulę. Spokojna babci pierś, jeszcze nadejdzie czas na pełne zanurzenie.  Nie ma co marudzić, zwłaszcza w tak pięknych okolicznościach przyrody, a i towarzystwo się znalazło, bo nasz kompan Luis, podszedł do mnie, w czasie kąpieli chopaków i toczyliśmy niezłą, polsko-meksykańską bekę.

Po prawie całodziennej eskapadzie, czas wracać do domu, domu, który jeszcze trzeba rozstawić.  Na miejscu kolejna niespodzianka.  Nasz cudowny gospodarz wraz ze swoim bratem Israelem, meksykaninem o błękitnych oczach, który jak się dowiedział, że jesteśmy z Polski, zaczął grać w niewidzialna piłkę nożną i krzyczeć Grzegorz Lato, kończyli budowę prysznica dla gringo.  Kultura musi być i jest, pełną gębą.  Oni w pracy, więc i my zaczęliśmy rozstawiać nasze wigwamy i wypakowywać się.  Cały czas przyglądały się nam dzieciaki, chłopczyk i dwie dziewczyny, nastolatki.

 

Okazało się,  że to rodzina naszych gospodarzy, którzy przyjechali na Santa Semana, święty tydzień, kończący się Wielkanocą.  Była tam też ich mama, Ciotka Tia, wraz z mężem,  u której pobieraliśmy lekcje hiszpańskiego w zamian za język angielski.  Śmiechu co niemiara.  Np. „tia”,  znaczy ciotka po hiszpańsku.  Jak się poznawaliśmy to ona tak się przedstawiła, więc myśleliśmy, że tak ma na imię i już przez cały pobyt tam, tak się do niej zwracaliśmy, a jej chodziło o to, że jest ciotką tych dziewczyn.

Namiot rozstawiony, my rozpakowani, poznawanie zakończone, lekcja hiszpańskiego też, piękne gwiazdy już na niebie, giry już posmarowane, czas na sen.

Jak wspominałem w La Ventanilli nie da się długo pospać, ponieważ gorąc budzi człowieka lepiej, niż wiercący sąsiedzi, którzy cyklicznie postanawiają remontować swój dobytek o 7 rano.  Tak więc człek wstaje szybko.  Rekompensuje za to piękny widok po wyjściu z namiotu.  Wypełzam, oczywiście ostrożnie, bo giry.  Nie dziwi mnie już to, że Maciek z Gregoriem już na nogach, moczą tyłki w oceanie. Zawsze wstaję ostatni, uff tak już mam.  Lubię pospać, nawet w taki uff jak gorąc.  Łapie pion, ciekawe czy nogi będą boleć, lecz znowu nic. Patrząc na kąpiących się chopaków i lejący się z nieba żar, podejmuję decyzje zanurzenia się w wodzie, choćby na chwilę.  A jak ura bura ciotka Tia.  Sprawdzam od spodu prawą stopę, bo lewa już się ładnie zagoiła…No nie wygląda to jeszcze super, w połowie jest nowa skóra ja u niemowlaka, lecz druga połowa to jeszcze trochę cieknie…ropą. Trudno.  Nie wytrzymam na tym upale,  20 metrów od wody, nie ma bata…niech się dzieje co chce… idę… w końcu podróże mocy.  Kule pod pachy i kangurzym krokiem jestem nad brzegiem.  Zamykam oczy.  Witam się z majestatem.  Proszę o łagodność, opiekę i uzdrowienie nogi.  Kłaniam się w pas, zostawiam kule na piachu i wchodzę. Trochę szczypie,  a stara skóra na stopie dynda się z falami.  Nie ma to dla mnie znaczenia, oddaję się totalnie przyjemności i rozpłynięciu.  Puszczam ciało i pozwalam, aby Oceano Pacyfiko mnie prowadził.  W tym rozpłynięciu, czuję moc i siłę wody, czuję szacunek i pokorę. Wiem, że jeżeli on tylko chciałby mnie porwać, nie sprawiłoby mu to żadnego problemu.  Fale są mocne. Postanawiam się pobawić w moja ulubioną zabawę, a mianowicie łapanie fal.  Polega to na tym, że wyczuwając odpowiedni moment, rzucasz się przed falę i zaczynasz płynąć kraulem, a ona zabiera cię kilka lub kilkanaście metrów w podróż do brzegu.  Wydaję się niewinne i proste, lecz przy takich falach i sile, można w bardzo łatwy sposób zostać wypchniętym coraz dalej od brzegu.  Wiem o tym, lecz oddaję się prowadzeniu ciała.  Ono wie lepiej co robić, niż głowa.  Wchodzę w wewnętrzną ciszę, pomaga mi w tym szum fal.   Silencio.  Silencio.  Lecz nagle słyszę głos, który mówi mi co mam robić z ciałem, dokładnie dostaję instrukcje, kiedy mam odpuścić, a kiedy zacząć pedałować rękoma, aby płynąć do przodu i dalej bawić się bezpiecznie w łapanie fal, a przy tym nie zostać, raz, wciągnięty i poturbowany robiąc fikołki pod siłą fal, a dwa, nie zostać wypchnięty gdzieś daleko od brzegu.  Poczułem, że istota, która do mnie mówi to sam ocean, duch wody, który dzieli się ze mną i uczy jak mam się zachowywać, aby przeżyć. Poczułem się jak w objęciach matki, która uczy mnie życia, czułem łagodność mocnego ojca, który pokazuje, że nie trzeba się bać.  Czułem się otulony przez nagą kobietę, która pokazuje, że w łagodności jest siła, że czasami trzeba się poddać i to nie oznacza słabości, czułem, że się uzdrawiam i jestem uzdrawiany, czułem jak staję się wodą i rozpływam się.

 

Miałem tylko się zamoczyć i ochłodzić, lecz nie było mnie z dobre pół godziny.  Wyszedłem z wody, lekki i orzeźwiony i co, głodny jak aligator, bo wilków tutaj nie ma, wiadomo już, śniadanie w Mazunte.

To samo miejsce, to samo menu, te same meksykańskie, spieczone słońcem kelnerki, sok z papai, nigdy się nie nudzący, papas firtas i vege burger.   Mniamm.  Brzuchy radosne i zaspokojone, teraz włączyły się gringo galerianki.  Udajemy się więc na jedyną galeriańską ulicę Mazunte.  Przebieramy, wybieramy, przymierzamy i wychodzimy ze zdobyczami tamtejszych sklepików, raptem pół dnia później. Gdzieś po drodze spotkaliśmy Luisa, który zaprosił nas wieczorem na koncert jego ziomków, którzy grają afrykańską muzykę w jednej z knajpek.  Jeee. Będziemy.   Lecz teraz to jesteśmy głodni. Postanawiamy wrócić do naszych gospodarzy, gdyż obok jest kuchnia polowa, która pięknie pachnie i trzeba jej doświadczyć.  Tak też się dzieje.  Zamawiamy placki tortilli z jakaś swojską rybką z warzywami.  Za jedyne 10 pesos, danie takie, że ledwo daję radę zjeść.  Gregorio wcześniej wypatrzył, że można zamówić sobie świeżego kokosa razem z maczetą.  Tzn. maczeta nie jest do zjedzenia lub wypicia, natomiast dostajesz ją, aby sobie samemu, jeżeli masz taką chęć, otworzyć kokosa, w celach konsumpcji zawartości, świeżego, kojącego pragnienie mleczka.  Mmmmm.   Po tej uczcie, rozwalam się w hamaku i oddaję się relaksowi.  Lekko przysypiam. Wybudza mnie dziwny dźwięk, ciężkiego sprzętu.  Otwieram oczy, jest już prawie ciemno i co się rozgrywa przed mymi oczyma.  Widzę kolumnę samochodów.  Dwa hamery wojskowe jadą na przodzie, a za nimi dwie wielkie ciężarówki, naładowane żołnierzami w pełnym ekwipunku.  Chełmy, M-16 w dłoniach, cinga, wojna się jakaś zaczyna.  Łotdefak.  Na każdym pojeździe jest umocowana wielka halogenowa lampa, która świeci mi po oczach, po czym przesuwa się w stronę aligatorowej mini dżungli.  Samochody suną po plaży karawaną, która w pewnym momencie się zatrzymuję.  Żołnierze z tyłu paki wyskakują i biegną do przodu.   No to jazda, se myślę, idą po nas.  Tylko dlaczego?  Trochę serce mi wali, bo pierwszy raz taką akcję widzę, a tu co się okazuje… żołnierze wyskoczyli z tylnej paki, bo ten ciężki, wojenny kilero-wóz nie może podjechać po maluteńką góreczkę i utknął.   Łaaaahahahahaahahahaahahahaahahahaaha.  Nie wierzę w to co widzę, przecieram oczy i dalej to samo.  Pełen gaz, piach się sypię spod kół, a wózek ani rusz. Komedia jak u Barei, aż spadłem z hamaka tak się śmiałem.  Na szczęście po jakimś czasie udało im się ruszyć dalej.  Meksyk.  Mi amor.

Po tej komedii zorientowałem się, że nie ma Maćka już jakiś długi czas.  Gregorio mi powiedział, że Maciek ma gruby proces z poczuciem winy i poszedł karmić demony.  Łoj, rzeczywiście, Maciek jakby ostatnio nie był sobą.  Nic prawie nie je, a jak je to zaraz leci do kibla i tak w kółko.  Trochę mi go szkoda i współczuję mu.  Widzę, że proces uzdrawiania starego pojawił się nie tylko u mnie.  Natomiast Maciek przez cały dzień nie dawał po sobie  znać,  że coś go bardzo męczy.  Wierzę, że cokolwiek to jest, na pewno da sobie radę.

Maćka nie ma.  Postanawiamy z Gregoriem przejechać się do Mazunte na koncert.  Fru i już jesteśmy.  Mazunte wrze.  Wszędzie kupa ludzi, muza tłucze na każdym kroku. Trochę nas to męczy.  No, ale nic jak już jesteśmy to może chociaż się czegoś napijemy.  Dobre. Tylko czego? Gregorio nie może, bo kierowca,  ja też nie chcę, ani nie potrzebuję do szczęścia, zresztą po akcji w Tulum nie mamy ochoty na picie.  Zamawiamy więc  bezalkoholowy drink pobudzający z guaraną i ruszamy do knajpki gdzie jest koncert.  Trafiliśmy akurat na jakieś ostatnie 15 minut koncertu.  Do końca to koncertem bym tego nie nazwał raczej granie pod kotleta.  Czyli siedzą ludzie i jedzą lub/i piją, a ty dla nich grasz.  Muza zajebista, chłopaki dali czadu. Po koncercie jednak zrobiło się trochę dla nas kwaśnie, wszyscy porobieni już alkiem, trochę nie ma z kim gadać, my trzeźwi… stwierdzamy, że wracamy pod naszą strzechę, gdzie szum fal, spokój, nasza nowa rodzinka, a przede wszystkim ciekawe co z Maćkiem.

 

Jak wróciliśmy Maćka jeszcze nie było. Przykro, że brat akurat ma taki mocny proces. Szkoda, że nie może w pełni zdrów doświadczać tego piękna.  Wysyłamy z Gregoriem intencje spokoju oraz szybkiego uzdrowienia i kładziemy się spać, jutro kolejny piękny dzień, ale…to dopiero jutro.

Łukasz Med

Please follow and like us:

2 komentarze

    • Magda, Czerwiec 29, 2017, 8:47 pm

    Odpowiedz

    Wspaniały opis. Dziękuję:)

    1. Odpowiedz

      Cieszę się bardzo, że się podoba. Ze swojej storny, ja też dziękuję, za inspiracje do daleszego pisania.
      Pozdrawiam Med

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.