Rozpłynięcie cz. II

Zzzz. Ufff jak gorąco.  Pobudka.  W sumie to już się trochę przestawiłem i  wstaje z większą lekkością.  Poranek jest podobny.  Pierwsza rzecz to sprawdzenie nóg, a potem poranna kawa, w postaci zanurzenia się w cudownej wodzie.  Tak jest.  To już jest rutyna.  Coraz dłużej mogę ustać na prawej nodze bez podpierania się na kulach.  Tak czuję, że słona woda dobrze mi robi na nogi.  Przyspiesza leczenie.  I o to chodzi i o to chodzi.  Pływam, chłopaki też. W pewnym momencie Gregorio podchodzi lekko zmulony, gdyż ocean porwał mu maskę z rurką, która dużo z nim podróżowała i trochę mu się przykro zrobiło, lecz jak to tylko wyraził i odpuścił, poczuł ulgę, i tradycyjnie ruszyliśmy na śniadanie. Tradycyjnie w nasze miejsce.

Po śniadaniu, robimy spacer i spotykamy Juana, który mówi nam o miejscu mocy Punta Cometa, w którym będzie szałas potów nazajutrz oraz informuje nas, żebyśmy dzisiaj nie zostawali późno w Mazunte, ponieważ dzisiaj nie będzie w mieście policji i tutejsze gangi robią co im w duszy gra, często ze szkodą dla białych gringo.  Dziękujemy Juanowi, i tak nie mieliśmy zamiaru zostawać lub przyjeżdżać do miasta wieczorem.  Wracamy do La Ventanilli.  Jest jeszcze gorąco i parno.  Postanawiamy się schłodzić w oceanie.  Wskakuję do oceanu i coś uderza o moją nogę.  Cholera co to?  Schylam się, wkładam rękę pod wodę i co wyciągam?  Niewiarygodne….Gregorio będzie zadowolony….maska z rurką, którą Grzesiek zgubił parę godzin temu, została oddana przez ocean. Takie cuda, tylko w Meksyku.

Pod wieczór, wracając z Maćkiem z pobliskiego sklepu, podbiega do nas cała podekscytowana Ciotka Tia i wręcza nam do ręki malusieńkiego żółwia, który dopiero co wykluł się z jaja.  La Ventanilla jest miejscem, gdzie żółwie je składają, a tutejsi mieszkańcy doglądają i opiekują się jajami do czasu, aż młode się wyklują i wypuszczają je do oceanu. Wow. Dostając to maleństwo w dłoń poczuliśmy z Maćkiem, że ten żółwik reprezentuję Podróże Mocy i tak jak my się rozwijamy i ruszamy na szeroką wodę tak i on wyruszą w swoją podróż mocy.  Ciotka Tia zdradziła nam, że w zależności od tego jak mały ruszy do wody, można odczytać jak spełni się intencja.  Żółwik PiM ruszył prosto i pewnie przed siebie.  Zuch chłopak, widać, że ma prowadzenie.  Wielka wdzięczność za takie prezenty i niezaplanowane wróżby.  Niech się dzieje, a dzieje się dzieje.

Następnego ranka, pełna ekscytacja wybudziła mnie zanim pełna duchota wdarła się do namiotu, ponieważ dziś jest dzień, kiedy to udajemy się na szałas potów.  Nigdy nie brałem udział w takiej ceremonii, a słyszałem dużo dobrego o mocy uzdrawiania i transformacji, które się dzieją podczas takiego wygrzania.  Postanawiam się przygotować po szamańsku na to szamańskie doświadczenie.  Don Juan mawiał, że na spotkanie z nagualem (nieznanym), trzeba mieć mocny i oczyszczony tonal (znane).  A co jest najszybszą multiwitaminką jaką znam, kocham i praktykuję od lat, oczywiście Tensegrity- Magiczne Kroki Carlosa Castanedy.

Tensegrity, to pewne kroki wywodzące się ze starożytnego Meksyku, które wzmacniają ciało, energetyzują, wyciszają, łączą z sercem, wyszczuplają i jeszcze dużo mógłbym dodawać tych ują, ają, krótko mówiąc są potężnym narzędziem, podarunkiem od Tolteków,  które przygotowują każdego praktykującego na stawienie czoła nieznanemu.  Kroki te przypominają trochę chi-gung, kung-fu, jogę i tai chi.  Nazwa jest połączeniem dwóch angielskich słów tense i integrity, czyli zintegrowane napięcie i o to tutaj chodzi. Poprzez napinanie i rozluźnianie ciała, odzyskujemy energię, którą wytracamy podczas naszego życia i tak skumulowaną możemy wykorzystać do świadomego śnienia, do wyciszenia gadającego i zmęczonego umysłu, do mądrości w podejmowaniu decyzji,  do dobrego samopoczucia, do mocy i miłości, która jest w nas.

Idealne przed szałasem potów.  Ruszam w stronę Oceanu razem z kulami, zastanawiam się przez chwilę jak zniesie to moja stopa, zaglądam pod.  Ej no,  pięknie jest. Co prawda stara skóra jeszcze wisi, lecz pod spodem, ślady poparzeń i ropy transformowały się w młody naskórek, który jeszcze wczoraj pokrywał zaledwie połowę rany.  Dochodzi do mnie, że gojenie nabrało tempa dzięki kąpielom w słonej wodzie Pacyfiku.  Cudownie.  Czuję przeogromna wdzięczność i miłość do ducha Oceanu, ducha wody.

Staje mocno na nogach, zanurzonych lekko w oceanie, w pozycji wojownika. Kłaniam się w pas horyzontowi, łączę się z duchem tej ziemi, z duchem Tensegrity, z duchem Tolteków, ze swoim sercem, włączam ciało i zaczynam krok zwany Livesaver.  Jest to intensywna 20sto paro minutowa medytacja w ruchu, z zewnątrz przypomina ptaka, który poderwał się do lotu i szybuje nad ziemią lub jak w moim przypadku nad oceanem.  Tak też się czuję.  Mój wewnętrzny dialog totalnie się zatrzymuje,  oddaję się w pełni ruchom mego ciała, czuję jak się unoszę, jak sunę ponad błękitnymi falami i słucham pieśni, pieśni uzdrawiającej, pieśni czterech żywiołów…

Wylądowałem.  Poczułem przeogromną moc, która przelewała się po całym moim ciele, tak jakby ocean podzielił się swoją mocą razem ze mną.  Tryskałem energią i orzeźwieniem.  Pokłoniłem się raz jeszcze z wdzięcznością, podziękowałem oceanowi i pozostałym żywiołom.  Jestem gotowy na spotkanie ducha Tezmacal.

Do Punta Cometa przywiozła nas kobieta -na pace swego starego pickupa- która widząc nasz kciuk postanowiła pomóc autostopowiczom.   Lejący się żar z nieba, poczynał sobie z nami przez całą drogę.  Zalani potem, dotarliśmy na miejsce.  Wyskoczyliśmy z samochodu i dalej do punktu docelowego trzeba się będzie przebijać pieszo.  Znaki pokazują nam gdzie iść.  Kończy się szoso-droga i wbijamy za znakami w haszczo-las.  Cień.  Oooooooo.  Cień.  Kocham cień.  Temperatura momentalnie spada o kilka stopni.   Lecz uwierzcie mi te kilka stopni robi cholerną różnicę. Ooooooo. Cień.  Trafiamy na naszej ścieżce na mini baro sklep i zakupujemy zimną kolę i wodę, które znikają w naszych podniebieniach w tri-miga. Nawodnieni i docukrowani mamy energię, żeby iść dalej.  Przebijamy się dalej i dalej i nic.  Jesteśmy już na Punta Cometa od jakiegoś czasu, lecz szałasu potów, ani Juana nie widać.  Jednak nie tracimy nadziei.  Postanawiamy obejść całe to wniesienie dookoła, a nóż trafimy na jakiś ślad. Pomagają nam w tym miażdżące widoki.  Tak to można zwiedzać.

Po jakimś czasie na wprost nas pojawia się Juan.  Jest sam.  Wygląda na smutnego.  Podchodzimy do niego i pytamy co się stało.  Okazało się, że jego wspólnik i organizator szałasu potów nie przyjechał, bo go nie ma i szałasu potów nie będzie.  Bardzo nas to wszystkich zasmuciło.  Szczególnie Juana, bo bardzo chciał z nami uczestniczyć w tej ceremonii.  Widać, że jest mu strasznie głupio i przykro, lecz on sam został wystawiony do wiatru.  Trudno się mówi uchacha.  Na szczęście znaleźliśmy się w tej gęstwinie haszczy i samo to w sobie było już cudem.  Nie mieliśmy do siebie telefonów, ani żadnego kontaktu, bo po co, przecież zawsze widzieliśmy się w Mauznte.

Juan miał przewieszoną przez ramię torbę z różnymi gadżetami na szałas potów.  Widać, że chłopak się przygotował.  Zapytałem co tam ma za skarby.  Wyciągnął z torebeczki białą muszlę, która idealnie mieściła się w dłoni, przyłożył ją do ust i dmuchną.   Momentalnie muszla wydała z siebie syreni ryk.  Był przepiękny.  Juan tłumaczył nam, że to jest instrument którego używa się w ceremoniach szamańskich.  Dał mi do spróbowania.  Na jednym końcu muszli była zrobiona taka maleńka dziurka, w którą po przyłożeniu do ust się dmuchało, aby wydobyć dźwięk.  Niby nic trudnego.  Dawaj, dmucham, świstam, nadymam się i nic, muszla nie chce gadać.  Maciek też próbuje z podobnym skutkiem.  Juan nam mówi, że nie jest tak łatwo wydobyć z niej dźwięk.  Próby wydobycia dźwięku doprowadziły nas z powrotem do Mazunte.  Juan nas jeszcze raz przeprosił, że tak się stało, wiedział, że jutro ruszamy dalej w drogę….i nagle nas wszystkich olśniło, że nie mamy na siebie żadnych namiarów.  Zaczęliśmy się śmiać do rozpuku. Szybka wymiana adresów mejlowych i rozeszliśmy się po Mazunte.

Zadzwoniliśmy do Gregoria, że my już po szałasie potów i ustawiliśmy się na śniadanio-obiad w naszej tradycyjnej knajpce.

Zamówienie zostało zamówione.  Siedzimy i opowiadamy Gregoriowi historię z szałasem potów, kiedy pod naszą knajpkę podchodzi dwóch kolesi.  Jeden z gitarą, a drugi w okularach słonecznych z djembe.  Pod okularami rozpoznaję naszego kompana Luisa z jego nowym nabytkiem pod okiem.  Podbijam do niego i chwilę gadamy.   Dowiaduję się, że wczoraj rzeczywiście nie było w miasteczku policji i jak się okazało nie było to tylko niebezpieczne dla turystów.  Luis opowiedział mi, że jakiś młotek wyskoczył do niego i jego dziewczyny z łapami i się zaczęło.  Mimo podbitego oka Luis wygląda na zadowolonego, towarzyszył mu lekki uśmieszek triumfu na twarzy oraz błysk w oczach.  Pochwalił się, że stoczył pojedynek z tym baranem i wygrał. Pogratulowałem mu, lecz stwierdziłem, że to wszystko jest smutne tak naprawdę.  Mimo wygranej walki przyznał mi rację.  Wróciłem do stolika.  Panowie zaczęli grać dla gości knajpki.  W taki sposób zarabiali na utrzymanie w tym pięknym, lecz agresywnym miejscu.  Najpierw zagrali w duecie jeden numer, potem towarzysz Luisa, ruszył aby pozbierać pesos od siedzących przy stolikach ludzi, a Luis…zaczął grać swój solowy numer na djembe, a po jakimś czasie dołączył z wokalem.  Oczy same mi się zamknęły. Poczułem, że zbliża się prawdziwa uczta.  Oczami wyobraźni zobaczyłem, że Luis śpiewa historię swojego życia, pełnego smutku, nadziei, wiary, radości, przemocy, walki, miłości jego i jego dziewczyny,  historię podbitego oka, historię niebezpieczną, historię swojej ojczyzny.

Łzy napierały tak mocno, że nawet przy zamkniętych oczach nie dało się ich powstrzymać.  Zostałem wmiażdżony w fotel.  Długo jeszcze, po tym jak Luis skończył grać, dalej siedziałem zmiażdżony, bez myśli, bez słów, bez urazy za stracony szałas potów. Patrząc na chłopaków też zobaczyłem, że to co się przed chwilą tutaj wydarzyło, pozamiatało ich równie mocno jak i mnie.

Wróciliśmy do La Ventanilli, słońce jeszcze wisiało wysoko na niebie.  Wiadomo czas na orzeźwienie i popołudniową dawkę jodu.

Po zjodzeniu chłopaki usiedli i Maciek przeprowadził Grześka przez karmienie demonów, po czym sam udał się w siną dal, aby pracować dalej nad swoimi.  Kurde naprawdę mi go szkoda, to już trwa kilka dni.  Jedyne co pozostaje to wysyłać mu dobrą energię i wsparcie.

Reszta popołudnia i wieczoru, minęła mi na jodowaniu, nauce hiszpańskiego, gry na pcv oraz rozmowach z Gregoriem.  To ostatni nasz wspólny wieczór.  Jutro Grześ opuszcza Mazunte i rusza w powrotną drogę do Cancun, a potem do Europy.  Szkoda. Zdążyłem się już przyzwyczaić, że brat jest z nami. Zawsze jest mi przykro.  Robię się jakiś emocjonalny, chyba nie umiem się żegnać.  No cóż, coś się kończy, coś się zaczyna.

Poranek standardowy, plus 40 skoro kogut zapieje, więc pacyfikowa kawa jest jechana.  Ustalamy z braćmi, że zrobimy sobie ostatni wspólny krąg, aby podsumować ostatnie dwa tygodnie podróży.  Rozstawiamy leżaki, zapalamy świeczkę, nawet gadający patyk się znalazł i jedziemy.

Duch wybrał tak, że to ja zacząłem. Czuję smutek i łzy, które cisną się na policzki, jest mi trochę głupio i staram się powstrzymać je, lecz emocje są zbyt silne, puszczam.  Widzę wdzięczność i akceptacje u braci, ponieważ każdy z nas czuje podobnie.  Niesamowite  w kręgu jest to, że łączy wszystkich w jeden organizm.  Nie ma już tylko ciebie, jesteśmy my.  Czasami słowa, których ty nie wypowiesz, lub zapomnisz, są wypowiadane przez innych.  Energia łez przeszła dalej, udzieliła się też Maćkowi, który przez ostatnie dni, nie bardzo był sobą.  Cierpiał bardzo jak się okazało.  Noce spędzał na paro godzinnym karmieniu demonów.  Podziwiam go za taką wytrwałość, siłę i zaufanie do procesu uzdrawiania.  Gregoriowi też łezka zakręciła się wokół oka, widać było, że trudno mu jest wyjeżdżać i wracać do pracy.  Przez te dwa tygodnie wszyscy zżyliśmy się bardzo i nasza więź się pogłębiła.  Na koniec zaśpiewaliśmy i zagraliśmy wspólnie pieśń o braterstwie, o podróży, o przyjaźni, o odpuszczeniu, o śmierci i narodzinach.  Był to krąg pożegnań.  Maciek żegnał się z poczuciem winy, Gregorio żegnał się z Meksykiem, a ja żegnałem się z Polaco invalicos, z kulami, które towarzyszyły mi przez ostatnie trzy tygodnie, giry prawie wyleczone. Witaliśmy za to nowe, nieznane, to co się jeszcze nie narodziło i tak Wielki Duch pokierował naszą pieśń.  Przepięknie.  Czas śmierci i narodzin.  Wieczne koło czasu.

Po kręgu Gregorio już spakowany i ruszamy razem na ostatnią wycieczkę, na ostatnie rapesito do miejsca, w którym byliśmy wczoraj z Maćkiem – miejsca mocy, Punta Cometa. Po drodze spotykamy drzewo szamana, strażnika tej ziemi, juz czujemy w kościach, że to jest dobry omen. Don juan często mówił Carlosowi, aby zwracał uwagę na znaki, które spotyka na swojej ścieżce, ponieważ dzięki nim może poczuć czy zmierza w dobrym kierunku.  Po tym co zobaczyliśmy, nie mieliśmy żadnych wątpliwości co do naszej ścieżki.

Zasiadamy nad samym urwiskiem, które wbija się bezpośrednio w ocean.  Fale uderzają mocno o skały, wiatr śpiewa swoje pieśni, a rurka od rapesito swoje.

Cisza u Gregoria, cisza u mnie i cisza u Maćka.  Oddajemy się mocy tego miejsca i medycynie.  Nagle z ciszy wyłania się śpiew Maćka, śpiewa piękną pieśń o wolności.  Czuję ją, uwalniam się od wszystkich na ten moment zamętów, pragnień, iluzji, winy, lęku przed tym co będzie dalej.  Wiatr i ocean niesie pieśń dalej i dalej, miejsce mocy staję się miejscem wolności, miejscem radości, nadziei i narodzin dla nas wszystkich. Jestem. Jesteśmy. Jesteście.

Wracamy do czerwonej rakiety.  Wszyscy uśmiechnięci.  Popuszczane. Po uzdrawiane.  Pozamiatane.  Ostatnie słowa, pozdrowienia, przytulasy, misiaczki. Gregorio wsiada w rakietę, z którą też się żegnam, dziękuję jej, że opiekowała się nami, moimi girami, pozwoliła im, aby spokojnie i w swoim czasie się uleczyły.  Graciando i strzała, czerwona rakieto.

Gregorio zniknął za zakrętem.  Zostaliśmy z Maćkiem sami.  Co było to było, ruszamy dalej, a mianowicie, sami szykujemy się jutro do wyprawy, kolejne miejsce na mapie to Oaxaca i spotkanie z naszym pierwszym nauczycielem i szamanem Armando, już się nie mogę doczekać.

Bilety zakupione, czas wracać do La Ventanilli na ostatni wieczór i noc przed wyjazdem.

Wielkanocy poranek, upał i ekscytacja obudziły mnie zanim zapiał pełny skwar w namiocie.  Wiadomo, poranna kąpiel, ostatnia.  Rozpędzam się i wskakuje.  Czas się zatrzymuje. Jest to kąpiel pt. „dowidzenia, do zobaczenia” Oceano Pacyfiko.  Wyrażam wdzięczność błękitnemu majestatowi.  Wdzięczność za nauki, za spokój, za moc, za uzdrowienie stóp, właśnie, przecież jeszcze coś tam mi dyndało.  Wychodzę z wody siadam na brzegu plaży, podnoszę stopę i pacze, pacze i co ja pacze: Wszystko zagojone, co miało poodpadać to odpadło, tylko świeży różowiutki naskórek, zastąpił starą ranę. AAAAAAA cudownie.  Noga nówka sztuka.  Patrzę na kulę, które jeszcze leżą koło mnie w razie czego.   Staje na nogi, robię pierwszy krok, potem drugi i kolejny, zaczynam biec jak Forest, coraz szybciej i szybciej, jest lekkość, czuję jakby wyrastały  mi skrzydła, czuję się wspaniale.  Długo ten stan niestety nie potrwał, gdyż człowiek nie biegał od prawie miesiąca, więc z kondychą trochę w plecy, więc żeby nie pozostawić i płuc w Meksyku, rozkładając ręce rzucam się do Oceanu w pełnym rozpłynięciu.  Teraz to już będzie tylko z górki.

Wracam po kule.  Siadam przy nich.  Wchodzę w stan wewnętrznej ciszy, wchodzę w serce, czuję miłość i wdzięczność, kieruję te uczucia w stronę kul, dziękuję im z całego serca oraz Radziowi, który mi je podarował, żegnam się z nimi,  ich podróż mocy kończy się tutaj. Pięknie, nie wiem czy znam inne kule, które przemierzyły taki szmat drogi i wybrały sobie takie miejsce, aby zostać i rozkoszować się pięknem jegomości majestatu. Pozazdrościć:) Muchos Gracias Kulos, mam nadzieję, że będzie wam tutaj dobrze.

I cóż pozostało.  Pozostało pakowanko, składanko wigwamu, pożegnanko, całowanko, dziękowanko naszym cudownym gospodarzom oraz ich rodzince, wymianko adreso, i ruszando do Mazunte na Collectivo do Oaxaci.

Przed wyjazdem do Meksyku, umówiłem się z jedną siostrą czarownicą na rozmowę, apropos całego mego wyjazdu.  Sylwia jest astrolożką, pracuje z kalendarzem Majów oraz tarotem.  Jednym słowem widzi przyszłość.  Polecam, jeżeli potrzebujecie drogowskazu lub utknęliście w jakimś miejscu i nie wiecie czy wasze plany są dobre.  Dlaczego o tym wspominam, ano dlatego, że Sylwia powiedziała mi, że między 1 a 5 kwietnia, będę się rozpływał.  Wow.  Już zacierałem rączki jak tego słuchałem, bo oczywiście mój mózg wykreował sobie, że na pewno będę się rozpływał w ramionach jakiejś przepięknej meksykanki, lecz jak czas pokazał, tak rozpływałem się, lecz w ramionach przepięknego i majestatycznego Oceanu Pacifiko, ducha wody, który jak pewnie wiecie reprezentuje żeńską energię.  Cudnie.  Czasami nie ma co snuć i wymyślać sobie różnych tematów, bo człowiek utknie w jakiejś iluzji, czasami po prostu trzeba być tutaj i teraz oraz smakować cudów, które są na wyciągniecie ręki.

A gdzie i do kogo wyciągnąłem kolejny raz rękę to już w kolejnym odcinku.

Łukasz Med

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.